Parasol Historii

baner-kartoteki-swiadkow-historii.jpg
 
Rozmowa z Prezesem Fundacji Pomocy na Rzecz żołnierzy AK
i Kierownikiem Specjalistycznej Przychodni w Warszawie

Dziś już chodzi o to, aby nie tylko leczyć, ale by także zdążyć przekazać młodym ludziom garść naszej trudnej historii, aby wszczepić w nich miłość do ludzi, do historii, do naszej Ojczyzny.
dr Stanisław Rubkiewicz

Przy ul. Mariańskiej w Warszawie, w starej przedwojennej kamienicy, mieści się przychodnia lekarska. Wyjątkowa przychodnia. Każda kartoteka pacjenta to osobna historia – historia choroby, ale przede wszystkim historia życia: dramatów, smutków, walki o Polskę. Są tu tysiące takich kartotek. Do przychodni prowadzą ciężkie, z trudem otwierające się drzwi. Ale zaraz po ich otwarciu można spotkać ciepłe i serdecznie uśmiechnięte Panie, które prowadzą pacjentów do gabinetów lekarzy niezwykłych - lekarzy „Judymów”.
  
Niemal 30 lat temu grupa żołnierzy AK – więźniów sowieckich łagrów, którzy wrócili z Syberii, założyła Fundację Pomocy na rzecz Żołnierzy Armii Krajowej im. Gen. Brygady Leopolda Okulickiego ps. "Niedźwiadek". Jej głównym celem jest dbanie o zdrowie tych, którzy je stracili walcząc o Polskę. Oferuje ona pomoc medyczną żołnierzom Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Powstańców Warszawskich, więźniów obozów koncentracyjnych i łagrów, żołnierzy wyklętych, innych weteranów II wojny światowej i osób represjonowanych oraz dla ich rodzin. Kompleksową opieką lekarską i medyczną objętych jest łącznie ponad 15 tysięcy pacjentów, z czego 5 tysięcy to kombatanci i osoby represjonowane w czasie wojny oraz po jej zakończeniu. Prezesem Fundacji, a także Kierownikiem Medycznym Przychodni jest dr n. med. Stanisław Rubkiewicz.
  
W ramach projektu Parasol Historii, Maspex wspieraFundację przekazując środki finansowe na jej działalność.Dzięki temu może ona między innymi kontynuować wizyty domowe u obłożnie chorych podopiecznych.
  
Dr Rubkiewicz to człowiek niezwykły. Swoje życie podporządkował pracy dla Fundacji. Każdego dnia wstaje rano już o 4:30, je porządny posiłek i biegnie do przychodni, aby od 6:30  do późnych godzin wieczornych przyjmować  swoich pacjentów. 30 lat temu, w 1989 roku,  możliwość zarejestrowania Fundacji dla Żołnierzy AK, którzy przez kilkadziesiąt lat komunizmu byli represjonowani, było niemal jak cud. Doktor stanął na jej czele i od kilkudziesięciu lat nie tylko leczy, ale też zmaga się z różnymi przeciwnościami losu, by Fundacja mogła działać i pomagać jak najdłużej. Sam o sobie mówi niewiele i z wyjątkową skromnością.
 
Doktor opowiedział nam o tym, jak powstała Fundacja, jakie były jej losy, ilu pacjentów jest w niej leczonych i z jakim wyzwaniom przez lata stawiała czoła. Zapraszamy do lektury zapisu tej rozmowy.
  
Panie doktorze – ilu pacjentów jest leczonych w Przychodni?
Dr Stanisław Rubkiewicz: Na początku, kiedy została założona Fundacja, pod naszą opieką pozostawało kilkadziesiąt tysięcy podopiecznych, dlatego też placówki znajdowały się na terenie całego kraju, np.: we Wrocławiu, w Krakowie, Zakopanem, Lublinie  i w innych miastach. Od 1990 roku udzieliliśmy łącznie ponad 800 000 porad medycznych.
W latach 90-tych chcieliśmy także uruchomić placówki na terenie Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny. W Wilnie udało nam się utworzyć przychodnię dopiero w 1996 roku i do 2000 roku leczyło się tam ponad 1000 pacjentów z Republiki Litewskiej. Prowadziliśmy też punkty medyczne na terenie Białorusi i Ukrainy. Na założenie przychodni niestety nie było zgody lokalnych władz. Organizowaliśmy przyjazdy pacjentów z tych krajów na leczenie sanatoryjne do Polski, mieliśmy swój współudział w renowacji cmentarzy poległych w czasie działań wojennych i po ich zakończeniu na ternie Polski i poza Jej granicami. Jako Fundacja organizowaliśmy leki,  sprzęt medyczny i laboratoryjny.
W tym momencie Fundacja posiada przychodnię tylko w Warszawie, ale nadal przyjmujemy tutaj pacjentów z całej Polski, a także tych rozporoszonych po całym świecie.
 
Czy może Pan nieco więcej opowiedzieć o pacjentach Przychodni? Kim są?
Dr Rubkiewicz: Nasi pacjenci to z całą pewnością ludzie niezwykli. To ludzie – historie. Wielu z nich przeżyło nie tylko koszmar działań wojennych, ale też obozy koncentracyjne, łagry sowieckie oraz więzienia polityczne, w tym cele śmierci w okresie stalinowskim. Ci, którzy przeżyli, zawsze byli obywatelami drugiej lub nawet trzeciej kategorii. Musieli się ukrywać, nie mogli zdobyć odpowiedniego wykształcenia. Dziś są bardzo schorowani, często samotni. Ich całe życie to walka. Każda nasza karta pacjenta to kawał historii.
Niektórzy zażywają po kilkanaście różnych leków, gdyż mają choroby ortopedyczne, urologiczne, pulmonologiczne, kardiologiczne i cały szereg innych. Średni wiek naszych  pacjentów to 88 - 89 lat, a ponad 500 z nich to osoby powyżej 90 roku życia. Mam pod opieką czworo stulatków, a tym roku przybędzie kolejnych czterech.
Działalność naszej Fundacji  jest  znaczącym uzupełnieniem obowiązków państwa nad sporą żyjącą grupą kombatantów. To są starsi i schorowani ludzie, mający często problemy z poruszaniem się, przywożeni są do nas na wózkach inwalidzkich. Niejednokrotnie trzeba im podczas wizyty pomóc – chociażby rozebrać się, czy potem ubrać. Zdarzają się oczywiście również także tacy, którzy nadal są bardzo aktywni. Czasami pacjenci przychodzą tutaj, by po prostu spotkać innych ludzi, a także dlatego, że tutaj, wśród nas, czują się dobrze.
  
Z pewnością przez lata swojej praktyki wysłuchał Pan niejednej niezwykłej historii życia. Czy pamięta Pan te najbardziej poruszające?
Dr Rubkiewicz: Przez lata było bardzo dużo takich opowieści – każda poruszająca i wręcz niewiarygodna, mogłaby być kanwą niejednego filmu. Także nasi lekarze, którzy leczyli w Przychodni, byli więźniami łagrów. Pamiętam, gdy w maju 1991 roku przyjechał do naszej Fundacji Jan Nowak - Jeziorański. W pewnym momencie jeden z naszych lekarzy – wybitny ortopeda, dr Józef Zwinogrodzki klęknął przed Nowakiem-Jeziorańskim i zaczął płakać. Nasz gość był ogromnie zaskoczony sytuacją. Wtedy dr Zwinogrodzki zaczął opowiadać historię swojego życia.
Został aresztowany w 1945 roku i skazany na 15 lat katorgi na Syberii. Był więźniem łagrów w  Workucie i Rieczłagu. Jego rodzina myślała, że nie żyje. Miał nawet symboliczny grób na Powązkach. W 1953 roku, po śmierci Stalina, z łagru zaczęli być zwalniani hitlerowcy, którzy odsiadywali wyroki w  tych samych obozach, w których więziono Polaków. To dzięki nim do Radia Wolna Europa zaczęły docierać nazwiska łagierników. Któregoś dnia matka doktora usłyszała w radiu głos Nowaka - Jeziorańskiego, który wyczytywał Zwinogrodzkiego jako tego, który wciąż żyje w łagrze. To dzięki Panu serce mojej matki nie pękło z bólu. Dzięki temu wiedziała, że nie zginąłem i trwała w nadziei, że się spotkamy – mówił. Trzy lata później wrócił do Polski i zdążył ucałować matkę, która tak bardzo czekała na ten powrót. Wszyscy, którzy byliśmy na tym spotkaniu, płakaliśmy. A to tylko jedna z historii, które dane mi było usłyszeć…
   
Skoro tak wielu pacjentów macie Państwo pod opieką, ilu lekarzy jest zaangażowanych w pracę w Przychodni?
Dr Rubkiewicz: Współpracujemy z 20 specjalistami,  którzy średnio tygodniowo przyjmują niemal 300 pacjentów. Pacjenci mogą liczyć na konsultacje lekarzy piętnastu specjalności. Wizyty u lekarzy w naszej przychodni nie są bezpłatne, ponieważ nie mamy porozumienia z Narodowym Funduszem Zdrowia, a sama Fundacja nie jest w stanie pokryć wszystkich kosztów. Pacjenci płacą za wizytę i z tego pokrywamy wynagrodzenie dla lekarzy. Są to jednak dość skromne wynagrodzenia, dlatego nie ukrywam, że z roku na rok liczba naszych lekarzy maleje. Poszukujemy młodych lekarzy i wolontariuszy, pasjonatów, którzy chcieliby się podjąć tej wyjątkowej i ważnej misji.  Dziś już chodzi o to, aby nie tylko leczyć, ale by także zdążyć przekazać młodym ludziom garść tej naszej trudnej historii, aby wszczepić w nich miłość do ludzi, do historii, do naszej Ojczyzny.
  
Wspomniał Pan również, że odwiedzacie pacjentów w domach.
Dr Rubkiewicz: Tak, prowadzimy ten projekt na coraz większą skalę, bo wielu pacjentów nie jest w stanie wychodzić z domu.  Mamy pacjentów, których nikt też nie odwiedza. Dlatego prowadzimy opiekę lekarską i  pielęgniarską. Nasi wolontariusze odwiedzają pacjentów w domach także po to, by spędzić z nimi czas: czytają, rozmawiają, robią zakupy, wykupują leki. Aby nasza pomoc była jeszcze bardziej efektywna, współpracujemy w tym zakresie z Fundacją „Łączka”. Przekazane przez Państwa firmę środki to olbrzymia pomoc, która jest kierowana głównie na  ten cel. W imieniu naszych podopiecznych ogromnie dziękujemy za to wsparcie.
  
Fundacja działa już od 30 lat. Jak Pan to robi, że mimo tak ciężkiej pracy i tylu pacjentów, jest Pan w tak doskonałej kondycji?
Dr Rubkiewicz: Ta przychodnia to praca wielu ludzi z ogromnym sercem i pasją, którzy poświęcili dla niej całe swoje życie. Praca tutaj nie jest łatwa. Wiele problemów i przeciwności losu nieraz nas przytłaczało. Ja sam często narzekałem i chciałem to rzucić. Ale wtedy zawsze przypominałem sobie słowa śp. Olgierda Zarzyckiego – inicjatora Fundacji, który umierając wydał mi rozkaz, że mam ją prowadzić, póki żyć będą ostatni potrzebujący kombatanci. Dlatego nie mam innego wyjścia. Ta przychodnia i pacjenci to sens naszego życia.
  
A czy mógłby Pan przybliżyć losy Fundacji? Jak doprowadzono do jej założenia? 
Dr Rubkiewicz: Fundacja została założona przez żołnierzy Armii Krajowej – łagierników, którzy powrócili do Polski w 1956 roku z Syberii, z łagrów w Workucie. Jednym  z głównych założycieli Fundacji był właśnie śp. Olgierd Zarzycki ps. „Orkan” – współtwórcaStowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej. Niestety nie doczekał rejestracji Fundacji, ale był jej ogromnym orędownikiem.
 
Jak Pan znalazł się w gronie założycieli?
Dr Rubkiewicz: W tym czasie wielu z żołnierzy łagierników było moimi pacjentami, a wśród nich właśnie Olgierd Zarzycki. Byłem młodym lekarzem, ale miałem niezwykłe szczęście uczyć się od największych medycznych autorytetów. Ostatnim moim szefem był profesor Zbigniew Religa. W połowie lat 80-tych współpracowałem przy pierwszych transplantacjach serca. Nie operowałem, ale kwalifikowałem do operacji kardiochirurgicznych. To niesamowite dla młodego lekarza posłuchać przeszczepionego serca. W Instytucie Kardiologii w Aninie pracowałem w Klinice Szybkiej Diagnostyki i w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej, która była kierowana przez innego wybitnego lekarza – prof. Wandę Rydlewską-Sadowską. Tam zajmowałem się profilaktyką i leczeniem chorób układu krążenia. Leczyłem i poznałem wielu żołnierzy, byłych łagierników i dzięki temu dołączyłem do założycieli od pierwszego spotkania.
 
Jednak nie od razu udało się Państwu zarejestrować Fundację?
Dr Rubkiewicz: Tak, dokładnie. Na początku 1989 roku wystąpiliśmy o utworzenie Fundacji, ale wtedy jeszcze przez kilka miesięcy nasz status był odrzucany ze względów politycznych. Dopiero po wynikach wyborów z 4 czerwca 1989 roku otrzymaliśmy telefon z sądu, byśmy przyszli zarejestrować Fundację. Pojechało 12 osób, z grona 30-stu, z którymi się spotykaliśmy. 12 czerwca podpisaliśmy oficjalnie akt notarialny. Musieliśmy jeszcze pozyskać patronat Ministerstwa Zdrowia, aby nasza działalność mogła być w pełni ukonstytuowana.  Udało się to dopiero w listopadzie 1989 roku, a wpis do KRS Fundacja otrzymała 18 stycznia 1990 roku. I od tego czasu funkcjonujemy. Naszym głównym celem i zdaniem była w tamtym czasie budowa szpitala dla żołnierzy Armii Krajowej. Niestety – tego celu nie udało się osiągnąć, ale istnieje Przychodnia.
 
Czyli Państwa Fundacja była jedną z pierwszych zarejestrowanych?
Dr Rubkiewicz: Oj tak. Z pewnością była jedną z pierwszych, jakie zostały zarejestrowane w Polsce po 1989 roku. W Ministerstwie Zdrowia prawnicy wielokrotnie przepraszali mnie za to, że dopiero uczą się, czym są i jak powinny działać Fundacje. Do tamtej pory, w rozumieniu państwa był to „twór kapitalistyczny”, którym nikt nie mógł się zajmować. Przecieraliśmy więc szlaki także w tym obszarze.

Czy od samego początku siedziba Fundacji mieściła się w budynku przy ulicy Mariańskiej?
Dr Rubkiewicz: Nie. Przez lata to się zmieniało. W pierwszych miesiącach dostaliśmy lokalizację na przychodnię na ulicy Widok. Jednak mogliśmy tam przyjmować pacjentów tylko przez około pół roku, po czym przenieśliśmy się na Świętokrzyską. W tym budynku pracowaliśmy przez 10 lat. Niestety wysokość czynszu sprawiła, że musieliśmy znów szukać nowej lokalizacji. I w 2000 roku przeprowadziliśmy się do obecnej siedziby – na ul. Mariańską 1 w Śródmieściu. Budynek, w którym pracujemy od 18 lat jest budynkiem historycznym. Powstał około 1925 roku i przed wojną mieściła się w nim apteka. W nim również znajdowała się pierwsza siedziba Ubezpieczalni Społecznej oraz pierwsza Polska Kasa Chorych. Podczas wojny, w latach 1940-1942, przebiegała tu linia getta i w tych latach w kamienicy mieściła się  Żydowska Szkoła Pielęgniarek, a potem szpital powstańczy „Mariańska”. Niektórzy z naszych pacjentów opowiadali, że pamiętają, jak leżeli ranni w piwnicy tego budynku. Po wojnie w tym i sąsiednich budynkach ukrywali się ci, którzy ocaleli z Powstania Warszawskiego – tak zwani „Robinsonowie”. Dlatego też nasza siedziba ma niebywały, historyczny wymiar. Jesteśmy bardzo dumni, że możemy pracować w tym budynku i że udało się ocalić go przed planami wyburzenia.
 
Wiem też, że Fundacja zajmuje się nie tylko leczeniem pacjentów, ale świadczycie Państwo również usługi prawne, dla tych, którzy tego potrzebują.
Dr Rubkiewicz: Naszym prawnikiem jest mecenas Andrzej Siedlecki – współzałożyciel Fundacji i słynna postać w środowiskach kombatanckich. Bronił wielu żołnierzy i dla wielu naszych pacjentów wywalczył w sądach status kombatanta, inwalidy wojennego. To przykre i upokarzające, że wielu z tych, którzy walczyli o Ojczyznę, wiele lat później nadal musiało udowadniać w sądach, że powinni otrzymać taki status. A ułatwia on wiele spraw w codziennym życiu, np. bezpłatne leki oraz przejazdy komunikacją miejską i koleją. Dla pacjentów to ogromne oszczędności. Proszę wierzyć, że wielu z nich żyje samotnie, w biedzie. Nasza Fundacja była też pierwszym podmiotem, który upominał się o ukaranie zbrodniarzy hitlerowskich i stalinowskich. Mecenas Siedlecki stworzył apel, który w 1990 roku został przegłosowany w Sejmie i na jego podstawie żołnierze mogli dochodzić swoich praw.
 
Bardzo dziękujemy za tą wyjątkową rozmowę i opowieść o imponującej działalności Fundacji.